"Purpurowe serca" [RECENZJA]. Nowy hit Netflix to współczesna "Szkoła uczuć"? Oceniamy!

Krzysztof Połaski
Krzysztof Połaski
materiały prasowe Netflix
"Purpurowe serca" podbiły Netflix. Obraz z buta wjechał do topki najczęściej oglądanych filmów na platformie na całym świecie, z łatwością zrzucając ze szczytu przepłaconego "Gray Mana". Na czym polega fenomen "Purpurowych serc"? Sprawdziliśmy.

"PURPUROWE SERCA" - RECENZJA

Widzowie wychwalają "Purpurowe serca" pod niebiosa, a w tym samym momencie krytycy zachodzą w głowę, o co tutaj chodzi. Wystarczy krótki rzut okiem na Rotten Tomatoes; niemal 80% ocen widzów na tak i zaledwie 36% od krytyków. To mówi samo za siebie. W takim wypadku nie pozostało mi nic innego, jak odpalić platformę z wielkim czerwonym N w logo i filmowo przenieść się do Sun Diego, gdzie rozgrywa się akcja "Purpurowych serc". I te dwie godziny seansu minęły szybciutko.

"Purpurowe serca" zaczynają się ciekawie i już od pierwszych chwil wyczuwa się lekką nutkę aspiracji twórców do stworzenia następcy "Szkoły uczuć". Właściwie wykorzystują podobne chwyty; w melodramacie z Mandy Moore mamy głównych bohaterów zestawionych ze sobą na podstawie przeciwieństw, których życie zmusza do wspólnego egzystowania. Tutaj jest podobnie, z tą różnicą, że szkolne korytarze zostały zastąpione scenografią dorosłego życia, a różnice między bohaterami już nie są tylko na poziomie pochodzenia, klasy społecznej i wiary, a przede wszystkim światopoglądu i upodobań politycznych.

Cassie (Sofia Carson) określa siebie lewaczką. Właściwie nie ma co jej się dziwić, skoro pochodzi z imigranckiej rodziny i na własnej skórze przekonała się, że Ameryka nie jest tak piękna, jak na filmach. Z jej balkonu dumnie powiewa flaga LGBT oraz ruchu Black Lives Matter. Luke (Nicholas Galitzine) to z kolei mężczyzna, którego śmiało można nazwać prawicowcem, aczkolwiek nie w takim stopniu, jak jego kolegów. Służy w armii, a Bóg, honor i ojczyzna to dla niego najwyższe wartości. Na pozór może wydawać się, że nie ma nic przeciwko strzelaniu do Irakijczyków, oczywiście w imię wspaniałych Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej i ich misji "naprawiania" świata. No i proszę państwa, co może się wydarzyć, gdy ta dwójka na siebie wpadnie? Czyżby mieli się w sobie zakochać? Hola, hola, nie tak szybko! Najpierw muszą się na pół godziny "znielubić", żeby następnie połączyć się świętym węzłem małżeńskim w imię dodatku mieszkaniowego i dodatku za rozłąkę. Kasa, kasa, wielu się wyprze.

No dobra, powiedzmy sobie to wprost - scenariusz "Purpurowych serc" to wręcz maraton przewidywalności, gdzie w ciemno można obstawiać kto się zakocha w kim, kto zginie, kto będzie miał wypadek, a kto za długi język. W skrypcie duetu Liz W. Garcia & Kyle Jarrow nie ma miejsca na większe zaskoczenia, a jedynie odhaczane są kolejne elementy typowego melodramatu łamanego na film romantyczny. Aczkolwiek zadziwiać może fakt, że twórcy przy okazji serio próbują przemycić treści natury publicystycznej, gdzie widać, że chętnie zaczęliby rozmawiać o współczesnych Stanach Zjednoczonych i podejściu państwa do obywatela. Zresztą sam punkt wyjścia jest tego najlepszym przykładem, aczkolwiek rozumiem, że nie wszystkim spodoba się końcowy wydźwięk filmu, który jest dość konserwatywny.

Chociaż scenariusz "Purpurowych serc" nawet nie leżał w szufladzie z napisem "odkrywcze", to lekkość jaka bije z tego filmu, połączona z ciekawą obsadą i zdecydowanie przyciągającą ucho muzyką, sprawia, że produkcję ogląda się zaskakująco bezboleśnie. To jeden z tych filmów, które odpala się na moment, po czym człowiek orientuje się, że minęły dwie godziny, a na ekranie wyświetlają się właśnie napisy końcowe. Szczególnie Sofia Carson wydaje się być interesująca, a jej wokal rzeczywiście może imponować.

"Purpurowe serca", mimo wielu wad, absurdów i oczywistości, mają w sobie jakiś urok. To naprawdę przypadek, który można porównać do "Szkoły uczuć", bo mam wrażenie, że obydwa filmy - kierowane do kompletnie innych pokoleń - potrafią wywoływać podobne emocje. Jednak w przeciwieństwie do swojego 20 lat starszego gatunkowego brata, tutaj mamy do czynienia ze zdecydowanie lżejszym kalibrem ładunku emocjonalnego. I ludzie to kupili. Nie dziwię się, bo całkiem przyjemnie się patrzy na tę bajkę.

Ocena: 6/10

Krzysztof Połaski
krzysztof.polaski@telemagazyn.pl

Recenzja została pierwotnie opublikowana 5 sierpnia 2022 roku.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Wróć na telemagazyn.pl Telemagazyn
Dodaj ogłoszenie