Magdalena Boczarska o filmie "Sztuka kochania": To wymarzony materiał dla każdej aktorki, szczególnie w Polsce [WYWIAD]

Adriana Słowik
Adriana Słowik
Fot. Jarosław Sosiński
Fot. Jarosław Sosiński
Podobno każda aktorka doczeka się w swojej karierze wielkiej "Idy". Czy dla Magdaleny Boczarskiej będzie to właśnie "Sztuka kochania? W rozmowie z serwisem Telemagazyn.pl aktorka opowiedziała o pracy na planie filmu o Michalinie Wisłockiej. Czy rola kontrowersyjnej lekarki, która za pomocą jednej książki zrewolucjonizowała życie seksualne Polaków, będzie ważnym punktem w jej karierze? Dlaczego uważa, że twórcy produkcji wykazali się nieszablonowym myśleniem, obsadzając właśnie ją w roli pionierki wychowania seksualnego w czasach PRL? W wywiadzie Magdalena Boczarska ujawnia również szczegóły 3. sezony "Drugiej szansy" i zdradza, w czym tkwi siła tego serialu.

Co skłoniło Panią do przyjęcia roli w filmie „Sztuka kochania”? Michalina Wisłocka to ważna, ale i bardzo kontrowersyjna postać w polskiej kulturze i nauce. Nie miała Pani ani przez chwilę żadnych wątpliwości?

Nie było żadnych wątpliwości. To wymarzony materiał dla każdej aktorki, a szczególnie w Polsce, gdzie tych ról po prostu nie jest tak wiele. Mam ogromny szacunek do reżyserki – Marii Sadowskiej i producentów filmu, którzy wykazali się bardzo nieszablonowym myśleniem i po prostu zobaczyli we mnie tę Wisłocką. Bo nie ukrywajmy, to kobieta od której znacznie różnię się fizycznie. Mogłabym wymienić kilka koleżanek, które były bardziej oczywistym wyborem, a rolę jednak powierzono mnie, za co jestem bardzo wdzięczna. To dla mnie piękne,że dostałam zadanie wcielenia się w skórę kobiety, która wyjątkowo mocno stąpała po ziemi. Postaci, która tak wiele zrobiła dla Polek i stała się prawdziwą ikoną jeszcze za życia. Byłam przeszczęśliwa, kiedy otrzymałam tę propozycję.

Jak wyglądały przygotowania do roli? Ile pracy włożyła Pani, by wiarygodnie wcielić się w postać Michaliny Wisłockiej?

To przede wszystkim tytaniczna praca i zasługa charakteryzatorki Anety Brzozowskiej i kostiumografki Ewy Gronowskiej. Moja codzienna charakteryzacja trwała aż 2,5 godziny, ściąganie jej zajmowało natomiast jakieś 60 minut. Mój czas pracy był bardzo długi, ale dziewczyny robiły wszystko, by umilić mi te chwile spędzone w charakteryzatorni. Nie zawsze było łatwo, bo towarzyszyła nam wtedy wyjątkowo gorąca wiosna, a ja nosiłam jeszcze specjalne pogrubiacze, które nie ułatwiały pracy. Starałam się jak najlepiej przygotować do tej roli, nadać swojemu ciału sznyt starszej – posturę i sposób poruszania się.

Co oprócz genialnej charakteryzacji pomogło Pani w jakiś sposób zbliżyć się do tej postaci?

Bardzo pomocna okazała się biografia autorstwa Violetty Oziemkowskiej i odświeżona wersja „Sztuki Kochania”, ale najważniejsze były spotkania z jej córką – Krystyną Bielewicz i przyjacielem profesorem Zbigniewem Izdebskim. Obejrzałam również wszystkie dostępne materiały archiwalne, które dały mi dużo mimo, że możemy na nich zobaczyć Michalinę tylko na ostatnim etapie życia.

Wspomniała Pani o Krystynie Bielewicz. Zastanawiam się, jak zareagowała na Pani kreację w filmie "Sztuka kochania"?

Była bardzo wzruszona i co jest dla mnie największym komplementem – zobaczyła we mnie mamę. Myślę, że bardzo pozytywnie odebrała to, co zobaczyła. To jest dla nas bardzo ważne, bo przy obcowaniu z taką materią, kiedy są bliscy, jest rodzina i kontrowersyjna bohaterka, zawsze z tyłu głowy ma się na uwadze ich dobro, to by nikogo nie urazić.

Zdradźmy czytelnikom coś więcej o filmie, który przedstawi historię pionierki wychowania seksualnego w czasach PRL. Czego mogą się spodziewać po tej produkcji?

Oprócz tego, że opowiedzieliśmy historię niesamowitej kobiety i zrobiliśmy film o miłości, chcemy również przybliżyć widzom misję Michaliny Wisłockiej, dlatego też powstała akcja „Kochanie to sztuka”, która ma na celu zachęcić Polaków do rozmowy o seksie. Niestety widać, że wciąż nie odrobiliśmy lekcji z Wisłockiej, a ten film może nas wiele nauczyć. Mam nadzieje, że widzowie, którzy wyjdą z kina będą chcieli przytulić się do swojej drugiej połówki i najnormalniej w świecie – pokochać. Zostawiając jednak temat seksu, a skupiając się na stronie fabularnej – mamy bardzo silną bohaterkę. Życie Michaliny Wisłockiej to splot tak barwnych, a zarazem tragicznych wydarzeń, że aż trudno uwierzyć, że wydarzyło się naprawdę. Film „Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej” jest atrakcyjny również od strony wizualnej – jest to też kino historyczne, pokazujemy w nim, jak zmieniała się Polska na przestrzeni dziesięcioleci. Mamy piękne obrazy Michała Sobocińskiego i muzykę Radzimira Dębskiego. Myślę, że ten film zaspokoi wiele wybrednych gustów.

Jak już wspominaliśmy, film reżyseruje kobieta. Jak ocenia Pani umiejętności – jeszcze młodej w tym fachu - Marii Sadowskiej? Czy z kobietą reżyserką lepiej się współpracuje?

Z Marysią spotkałyśmy się po raz pierwszy, ale już w momencie rozpoczęcia zdjęć znałyśmy się jak łyse konie - przeszłyśmy razem długą i wyboistą drogę przygotowań do tego filmu. Nie wyobrażam sobie innej osoby na tym miejscu. To, co bardzo w niej cenię to fakt, że Maria jest doskonałym muzykiem, ma doskonały słuch i niesamowitą wrażliwość, co jest nie do przecenienia w twórczej pracy reżysera.

Jaki wpływ na ten obraz miała właśnie kobieca ręka?

Ogromny! Tylko taka kobieta jak Maria, która jest partnerką, matką dwójki dzieci, spełnioną zawodowo artystką, mogła zrobić film o innej spełnionej kobiecie bez kompleksów. Gdyby ten film reżyserował mężczyzna, na pewno byłoby to inne kino. Dzięki Marii ten film nabrał takiego sensualnego sznytu, którego mężczyzna (prawdopodobnie) by mu nie zafundował.

Przed seansem zastanawiałam się, dlaczego nie celujecie ze „Sztuką kochania” stricte w Walentynki. Teraz chyba już wiem, to nie jest do końca film o seksie i miłości, w dużym stopniu jest to smutna opowieść o braku miłości. Zgadza się Pani z tym stwierdzeniem?

Ale za to z ciepłym zakończeniem i w humorystyczny sposób opowiedziana. „Sztuka kochania” to słodko-gorzka historia zarówno samej bohaterki, jak i tamtych czasów. Myślę, że proporcja między refleksją, smutkiem, a nadzieją i humorem jest w nim bardzo dobrze wyważona.

Michalina Wisłocka była pionierką w dziedzinie seksu, wielu stawia ją sobie za wzór, ale pojawiają się również głosy, że Wisłocka niewiele wiedziała o miłości, była emocjonalnie niedojrzała, a jej życie seksualne ocierało się o patologię. Te osoby książkę „Sztuka kochania” nazywają „Sztuką hedonizmu”. Co Pani o tym sądzi?

Wisłocka o miłości wiedziała bardzo dużo, a za jej poszukiwanie płaciła ogromną cenę. Z pewnością przeszła ten proces – od osoby niewiele wiedzącej o miłości, do tej, która zrozumiała czym jest to uczucie, bliskość i jak ważny jest w tym drugi człowiek. Jeśli chodzi o hedonizm – myślę, że Wisłocka była by bardzo dumna z tego określenia, zawsze podkreślała, że miłość, jak i seks powinny być radosną zabawą i przeciwwagą do życiowych smutków– takie stwierdzenia nie mieściły jednak się w ówczesnych ramach, a co za tym idzie nie podobały się partii, Kościołowi.

Jak się ma do tego jej życie rodzinne i „Sztuka kochania” choćby swoich dzieci?

Z pewnością kochała swoje dzieci, to nie podlega wątpliwościom. Jej córka powtarzała, że może nie była do końca dobrą mamą, bo ciągle jej nie było, ale była za to najlepszą przyjaciółka na świecie, co jest według mnie bardzo cenne. Myślę, że nie powinniśmy jej oceniać.

Porozmawiajmy przez chwilę o scenach erotycznych, które są przecież nieodłącznym elementem „Sztuki kochania”. W jednym z wywiadów wyznała Pani, że w tego typu scenach: Ważna jest chemia. Można całować się i czuć przyjemność, a czasem trafiasz na partnera, z którym nawet krótki pocałunek jest gehenną. Jak było w tym przypadku? Jak wspomina Pani pracę z Erykiem Lubosem i Piotrem Adamczykiem?

Chyba mogę powiedzieć, że ja sobie tych partnerów trochę wybrałam – dostałam tę rolę jako pierwsza, to z myślą o mnie kompletowano później obsadę, byłam na castingach i było chyba po mnie widać, że mają moją pełną akceptację, że to jest po prostu to – strzał w dziesiątkę. Panowie zaoferowali mi partnerstwo na najwyższym poziomie – nie wyobrażam sobie teraz nikogo lepszego do ról Jurka i Stacha.

Czy rola Wisłockiej będzie ważnym punktem w Pani karierze?

Już jest ważnym punktem, bo spotkanie z tą postacią dało mi bardzo wiele. Dla mnie każda rola jest jak spotkanie z niesamowitym człowiekiem, a w tym przypadku – niebywałą osobowością, która zostawiła we mnie ogromny ślad. Cała przygoda, jaką było robienie tego filmu, ludzie, których spotkałam na planie, dały mi cenne doświadczenie, którego nie zapomnę. Ważnych momentów w swojej karierze już trochę miałam – była m.in. „Różyczka”, która miała wiele zmienić, a potem dwa lata siedziałam na ławce rezerwowych. Mam swoje lata i już wielkiego bumu nie oczekuje, ale jeśli on się zdarzy, to będzie piękne.

Nie wiem, czy Pani zauważyła, ale kiedy do kin wchodzi polski film, często podnoszone są krytyczne głosy, że w naszym kraju są tak naprawdę tylko dwie aktorki: Ostaszewska i Kulesza, a reszta nie ma za wiele do zaoferowania. Co Pani o tym sądzi? Nie uważa Pani, że to trochę krzywdzące spostrzeżenia?

Ja tak tego nie odbieram. W Polsce jest dużo dobrych aktorek, sama jestem ostatnio bardzo zapracowana. Myślę, że każdy ma swoją niszę i jak to się mówi w aktorskim żargonie – każdy doczeka się swojej „Idy”.

Chciałam jeszcze wspomnieć o serialu „Druga szansa”. Jak potoczą się losy Sary Daymar w 3. sezonie serialu?

Nie jest już tajemnicą, że Sara ma syna. W 3. sezonie moja bohaterka poczuje bardzo silne powołanie macierzyńskie, do tego stopnia, że będzie w stanie poświęcić wszystko dla dziecka. Będziemy więc śledzić tę jej drogę i przemianę z kobiety dziecka, w kobietę matkę.

Czyli to definitywny koniec z szaleństwami panny Daymar?

Nie do końca. Sara oczywiście nie pozbędzie się swojej osobowości, charakterystycznego wyglądu – od strony wizerunkowej dalej pozostanie kolorowym ptakiem, natomiast zmieni się wewnętrznie.

Jak w takim razie będzie wyglądała jej relacja z Moniką, która również zostanie matką?

Monika wybaczyła Sarze to, co jej zrobiła w 1. sezonie. Myślę, że te dwie bohaterki są w stanie przejść na zupełnie inne relacje. Obie są teraz na zupełnie innym etapie i być może przerodzi się to w prawdziwą przyjaźń.

Kręcicie już 3. sezon „Drugiej szansy”. Na czym polega siła tego serialu?

Sukces tego serialu to przede wszystkim świetnie dobrana obsada, historia, która odkrywa przed widzami kulisy show-biznesu. Oczywiście ten świat jest wykreowany na potrzeby produkcji i nie wszystko pokrywa się z rzeczywistością, ale myślę, że podglądanie tego niedostępnego świata jest bardzo interesujące dla widza. Myślę, że pokazujemy w tym serialu, że gwiazdy, to tak naprawdę zwykli ludzie, którzy mają problemy jak każdy inny, a ich życie nie jest usłane tylko różami. Balans między obyczajowością a światem glamour jest tutaj bardzo dobrze zachowany i to chyba urzeka widza.

Nowy rok zaczyna Pani z impetem - „Sztuką kochania”, a jakie plany na dalsze miesiące?

W tym roku, dokładnie pod koniec września czeka mnie kolejna duża premiera filmu, który zrobiłam w Niemczech - „Pod niemieckimi łóżkami”. Już w lutym wchodzi 3. sezon „Drugiej szansy”, mam jeszcze trochę planów teatralnych i tych, o których nie mogę jeszcze mówić. Myślę, że po tak intensywnym ubiegłym roku, nie obrażę się jeżeli będę miała trochę wolnego.

Rozmawiała: Adriana Słowik

[email protected]

Przypominamy, że premiera "Sztuki kochania" już 27 stycznia!

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Zofia Zborowska i Andrzej Wrona znów zostali rodzicami

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na telemagazyn.pl Telemagazyn