"Tylko sprawiedliwość" [RECENZJA]. Pot, krew i łzy prawdziwych ludzi, tych niesłusznie skazanych i bezsilnych wobec systemu

Krzysztof Połaski
Krzysztof Połaski
fot. materiały prasowe
fot. materiały prasowe
"Tylko sprawiedliwość", trochę przez przypadek wynikający z pandemii koronawirusa, wchodzi do polskich kin w wyjątkowym momencie. W Stanach Zjednoczonych co prawda ustają już zamieszki wywołane przez śmierć George’a Floyda, ale echa tych wydarzeń będą jeszcze długo odczuwalne.

"TYLKO SPRAWIEDLIWOŚĆ" - RECENZJA

Destin Daniel Cretton kilka lat temu dał się poznać jako bardzo perspektywiczny i ambitny reżyser, który w ciekawy sposób patrzy na świat. Ugruntowały to filmy "I Am Not a Hipster" oraz "Przechowalnia numer 12". Szczególnie ten drugi obraz pokazywał, że dla Crettona ważny jest człowiek, a nie tylko przedstawiana na ekranie historia. Z filmem "Tylko sprawiedliwość" jest podobnie, bo chociaż mamy do czynienia z lekko sztampową fabułą, to jednak na ten obraz składają się pot, krew i łzy prawdziwych ludzi, tych niesłusznie skazanych, bezsilnych wobec systemu i urodzonych z łatką winnych.

"Tylko sprawiedliwość" przedstawia historię młodego prawnika, Bryana Stevensona (Michael B. Jordan), który może i ukończył Harvard, ale czarnej skóry się nie pozbędzie. Do tego jeszcze miał czelność, zamiast znalezienia dobrze płatnej pracy, podjąć się działalności na rzecz niesłusznie oskarżonych i skazanych Afroamerykanów, przez co narobił sobie wielu wrogów. W 1988 roku 28-letni Stevenson na swojej drodze spotkał Waltera McMilliana, którego niesłusznie skazano na długie lata więzienia za morderstwo białej 18-latki i tak rozpoczęła się trudna batalia sądowa, której świadkami jesteśmy w filmie "Tylko sprawiedliwość".

Pod względem fabularnym "Tylko sprawiedliwość" niezbyt odróżnia się od innych dramatów sądowych. Jako widzowie znamy już te wszystkie zabiegi oraz sztuczki fabularne, ale celem Crettona było jak najwierniejsze przełożenie na język filmu historii oraz tamtej rzeczywistości, przełomu lat 80. i 90. XX wieku w USA. Na widza nie miały działać chwyty fabularne, ale sama opowieść, która rzeczywiście potrafi wzruszyć oraz oburzyć. Jednak najbardziej przerażająca jest płynąca z filmu aktualność. Co z tego, że mamy 2020 rok, skoro ludzka mentalność zmienia się bardzo powoli?

Kupuję tę oszczędność, którą serwują nam reżyser oraz jego aktorzy. Michael B. Jordan, którzy przecież z podobną tematyką starł się już chociażby w "Fruitvale", jest doskonały. Jego bohater jest bardzo wyciszony, balansujący pomiędzy nerwem, zrezygnowaniem a pobudzeniem, ale widać, że wewnętrznie eksploduje za każdym razem, gdy styka się z niesprawiedliwością. Jego postać stara się zachować fason nawet w jednej z najlepszych scen filmu, gdy czarny prawnik udający się do więzienia, jest traktowany przez strażników praktycznie jak więzień. Bardzo dobra w swojej wyważonej i mocno osadzonej na drugim planie roli jest Brie Larson, podobnie jak Jamie Foxx, którego Walter McMillian jest grany na nieoczywistej nucie.

Właściwie największy problem, jaki mam z "Tylko sprawiedliwość" wiąże się z wątkiem pewnego więźnia skazanego na karę śmierci. Cretton wręcz, ustami jednego z bohaterów, wykrzykuje podniosłe sentencje w stylu "przecież jesteś człowiekiem, nie mogą cię tak potraktować", zupełnie jakby chciał zbagatelizować jego winę. Była zbrodnia, musi być kara. I nie chodzi mi o słuszność skazania go na śmierć, ale o przedstawienie tej postaci przez autora - zupełnie tak, jakby była kompletnie niewinna i krystalicznie czysta. Co oczywiście nie zmienia faktu, że scena egzekucji na krześle elektrycznym jest jedną z najmocniejszych scen w filmie, gdzie możemy poczuć się jak główny bohater, który po raz pierwszy widzi na własne oczy egzekucję.

"Tylko sprawiedliwość" to film, który się bardzo dobrze ogląda. Na ekranie mamy prostą i ludzką historię, obok której trudno przejść obojętnie. W tym jest siła oraz moc. Przerażająco aktualny film.

Ocena: 7/10

Krzysztof Połaski

[email protected]

Recenzja została pierwotnie opublikowana 26 czerwca 2020 roku.

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Jerzy Stuhr nie żyje. Aktor zmarł w wieku 77 lat

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na telemagazyn.pl Telemagazyn